LogoSlogan | freelancing copywriting


Czapski – artysta prawdziwy (malarstwo)

Po Gdańsku, Poznaniu, Warszawie, Tarnów doczekał się wreszcie artystycznego wydarzenia. Mamy niecodzienną sposobność przypomnieć Polaka wielkiego, osobowość nietuzinkową, reprezentującą szlachetne pokolenie, które odeszło, ale nie umarło, ponieważ wciąż oddziałuje na świadomość poszukujących świadectw prawdziwych. Wystawna ekspozycja ma miejsce w willi tarnowskich mecenasów sztuki, państwa Kopczyńskich.
1181548325.jpg Wydarzenie sprawił i podczas inauguracyjnego wieczoru swą charyzmą czarował profesor Stanisław Rodziński, przyjaciel Józia, czule go wspominający w „Moim szkicowniku” (2002), po który, nawiasem mówiąc, trzeba sięgnąć w dobie populizmu, aby się choć trochę przefiltrować czystym etycznie powietrzem. „Taniość” bowiem to ostatnia idea, która mogłaby zaprząc myśli człowieka wielkiego! Śmietanka artystyczna naszego miasta widać tylko czekała takiej okazji, bo gęsto ubita personalnie tego dnia przydała wernisażowi należnej mu dostojności i znaczenia. Blichtr sztuce przystoi, atoli gospodarze postarali się o spotęgowanie doznań łakomych inaczej. Owego wieczoru przednie wino zaserwowano z kawiorem.

Odświeżająca umysł i duszę lokalizacja wystawy w oranżerii zieleniącej się relaksującym kwieciem, z rzeźbą myśl konkretyzującą i Rozenthal’ową, ożywiającą wspomnienia, porcelaną, poszerza znacznie ekspozycyjną formułę. Sprawia, że sztukę chłonie się „naturalnie” i niemal błyskawicznie. W przypadku Czapskiego pomysł się sprawdził tym bardziej, że w takim otoczeniu obrazy jawią się jak „kadry” ciężkim wysiłkiem wyrwane silnej przyrodzie. Ekspozycja odsłania przed zdumionym widzem niełatwy proces twórczy, który Czapski nazywał żmudnym piłowaniem. Był jednym z niewielu artystów, którzy otwarcie podkreślali rolę niepowodzeń malarza czy pisarza. Profesor przypomniał słynną anegdotkę związana z tym problemem. Otóż razu pewnego obaj panowie wyruszyli do Paryża i czekając na jednej ze stacyjek zauważyli kobietę przemyślnie ubraną jakby to sam „Józio” ją tak wystroił, albo żywcem zeszła była z obrazu przez niego jeszcze przecież nie namalowanego. Tak w jakiś przedziwny, transcendentny sposób, przynależała do świata wyobraźni Czapskiego, że uprosiwszy kompana o pozostanie i podróż późniejszym pociągiem, jął ją szkicować. Oddał postać perfekcyjnie uchwyciwszy „tą właściwą chwilę”. Niespokojny marzył całą drogę i Paryża nie mogąc chłonąć powrócił do zaczynu, i zamknąwszy się w pracowni ‘babę” zmalował. Ale tego ciężaru, co szkic potencjalnie obiecywał, już niestety artysta nie uchwycił. Bolała go ta niemoc powodowana zwłoką, bo tak ukochał błyskawiczną odpowiedź na przyjście weny.

Dziennikarska rzetelność każe jeszcze wspomnieć, iż Muzeum Diecezjalne oleje mistrza wypożyczyło, a sam profesor Rodziński wiele po przyjacielu pamiątek przyniósł.

Kto głód artystyczny w sobie znajduję, ten pójść i obejrzeć musi! Przed Czapskim czapkę z głowy zdjąć wypada…

www.inTARnet.pl