LogoSlogan | freelancing copywriting


Stękliwe dni Samuela Becketta

janda.jpg Recenzję dedykuje decydentom miasta Tarnowa. Swoją drogą ciekawe czy była to dla nich li tylko rozrywka? Czy z pozycji swojego dobrobytu są w stanie dostrzec tych tzw. niedomagających?
Nagłówkowym hurtem
Skoro raz w roku nadarza się okazja zobaczenia wielkiej sztuki w najlepszej obsadzie, to zrozumiałe, że oczekiwania są siłą rzeczy dość wygórowane. Gwiazdą tego wydarzenia była Krystyna Janda, u boku której z rzadka na scenie zjawiał się równie znany Jerzy Trela. Wielcy aktorzy popisali się w zasadzie warsztatem i raczej jako duet wielkiej kreacji nie stworzyli. Najgorętsze było oczywiście zakończenie. Janda i Trela we fleszach i ukłonach. Publiczność owacyjna, ale czy szczera?
Męczy-nolog
Akt pierwszy to popisowa jazda Jandy, która pytluje do znudzenia. Całkiem udanie próbuje wyartykułować esencję Beckett’owego przesłania; zagadkę i antynomię istnienia. Winnie robi to u kresu swojego żywota. Empatia z jaką ułożył rolę sam Samuel przejmuje, przeszywa do szpiku kości. Kreacja Jandy jest nieco przeakcentowana i idzie bardziej w stronę groteski. Nie czuje się całkowitej tożsamości z pierwowzorem, warsztatowo jednak sprawnie. Janda ma inną aureolę. W jej postaci co prawda widać niepokój metafizyczny, ale jakby brak tego tak charakterystycznego u Becketta wyczulenia. Z kolei aspekt poznawczy został tu dość wyraźnie uwypuklony. Choć to sztuka o umieraniu to jednak jest u pani Jandy siła, która każe jeszcze to życie odkrywać. Zdumienie poznawcze jakiego kilkakrotnie doświadcza bohaterka to te fragmenty, które rozweselają najbardziej. Trela gra w zasadzie tło…i tak go pozostawmy. Nie ma za wiele do powiedzenia. W sumie jednak nic wielkiego. Ot kolejny męczy-nolog Krystyny Jandy, który miejscami nawet bawi.
Szeptane smaczki
Statyczna sztuka bardzo przeszkadzała niektórym widzom jak podsłyszałem w kuluarowych wynurzeniach. I rzeczywiście. Tak minimalistyczna, że z powodzeniem można by ją wyemitować w radio. Pewnej pani bardzo brakowało ruchu. Kogoś innego przytłaczała porażająca swą surowością scenografia. Jakiś młodzian wydobył z siebie: ‘Janda źlanda, Trela morela”. A propos młodych; jakoś mało ich przychodzi do teatru! To zrozumiałe, że przeważały same mądre, szare, doświadczone głowy bo było o umieraniu.
Refleksje ostateczne
Winnie i Willy przecież umierają właśnie. Marnieją i usychają na naszych oczach. Zanika przeszłość. Kakofonia artykulacyjna II aktu mówi dobitnie o kondycji bohaterów. Martwieją i w końcu zastygają w bezruchu. To co oglądamy to proces ich odchodzenia, żegnania się ze światem. Trudno więc w tym kontekście zrozumieć te antraktowe uwagi. Są niestety reprezentatywne dla każdego imperialistycznego społeczeństwa. Mówią o jednym: o braku empatii.
Uwagi krańcowo końcowe
Gdy rozwarły się kotary i rozświetlono na powrót scenokrąg rozpylono jakiś nieprzyjemny dym, a raczej kurz. Alergików nie zaopatrzono niestety w maski gazowe jak zalecają przepisy UE i musieli się krztusić jakieś dobre kilkanaście minut.
Tak zupełnie na marginesie: warto by także pomyśleć o numerowanych miejscówkach dla prasy. Wszak to dziennikarze, recenzenci dbają o rozgłos, przyciągają niezdecydowanych. I w zasadzie nieistotne czy piszą źle czy dobrze. Takie bowiem mamy czasy, że cokolwiek ujrzy światło dzienne ma szanse na popularyzacje. Nie zamykajcie kultury w wąskim gardle magistratu. To nie są spotkania biznesowo-towarzyskie. Beckett nie ma dla niewrażliwego, przypadkowego widza litości.
Krzysztof Ziewacz