Rozszerzona formuła „kina domowego”, przed którym zasiadamy z przyjaciółmi, aby wspólnie przeżyć mecz, film czy koncert właśnie, zadziałała zapewne jak zapalnik w głowie pasjonata Krzyśka Borowca. Szerokoekranowe, szczere emocje wyzwalają falę odbierania na tej samej częstotliwości. Grono dzielące tę sama pasję zagęszcza interakcje, integruje się konstytuując jako grupa. Nabór do tak pojętego fanklubu umiłowania muzy funduje, poprzez kolejne sobotnie wieczory wakacji, niezmordowany popularyzator rockowego grania, tarnowski architekt wieży hitów.
Impreza dopiero jednak raczkuje, skoro zaledwie kilkanaście osób raczyło się pofatygować pod teatr, by w rockowej bohemie wymienić tę samą chemie. Ku mojemu zdziwieniu nie było praktycznie poszukującej młodzieży, która pewnie woli wymieniać się polifonicznymi dzwonkami i odsłuchiwać mp3-ki w pojedynkę. Może nie są dobrze poinformowani, skoro w ich komórkach królują doniesienia pudelka o tym co przeskrobała Doda Elektroda albo inny DJ Shadow?
Atrakcją wieczoru był legendarny koncert z 1970 roku (Isle Of Wight), który przypomniał takich gigantów rocka jak: Jimi Hendrix, The Doors, Jethro Tull, Free i The Who, bluesa; Ten Years After, country; Kris Kristopherson, folku; Joan Baez i Joni Mitchell czy nawet jazzu (Miles Davis). Obecni przy stolikach panowie obsługiwali swe niewidzialne perkusje podrygując nogami. Były też przechadzki z wirtualną gitarą, co rusz ktoś zapodawał riffowego wygibasa.
W sumie ciekawa propozycja, miejsce OK, ale lekki niedosyt niewykorzystania pomysłu do końca, jednak pozostaje. Gdyby przylazło trochę więcej wiary to i odbiór byłby bardziej czadowy jak na koncert przystało. Ten kto interesuje się rock’iem powinien znać korzenie, od których wszystko się rozrosło. Po obejrzeniu zapisu jednego z największych zlotów festiwalowych wszechczasów rośnie ochota na kolejną odsłonę wielkich wydarzeń w dziejach rocka. Jest też nadzieja, że młodzi znajdą się w tym miejscu za tydzień, eksplorując nocne ścieżki sobotniej gorączki.
www.inTARnet.pl