LogoSlogan | freelancing copywriting


Markiewicz i jego Wysp(i)a…ński

wyspa1.jpg

Sztuka Markiewicza niestety nie wzbudziła aplauzu najlepszej publiczności miasta, maleją tym samym szanse na szerszy sukces o konkursowym nie wspominając. Przyciężki, niemal martyrologiczny teatr już Polaków nuży choćby to była sztuka markowa. A ta była Markiewiczowa. Teatralna na siłę. Pompatyczna, żeby nie rzec nabzdyczona. Jęcząca, zawodząca, epatująca naszą Polską boleścią. Zbudowana podług już trochę wyświechtanych przepisów. Niczym nie zaskoczyła. Nie wzruszyła. Zabrakło też momentów lżejszych, humorystycznych jakby na uwolnienie kondensującego się, z każdą chwilą dramatu, napięcia. W zamian przyszło znużenie. Część osób wyszła w antrakcie. Oto reminiscencje ogólne.

Szczegółowe są jakby bardziej pozytywne, jednak przeciętny widz odbiera przekaz teatralny intuicyjnie i trzeba mu wnikliwej wrażliwości i wtajemniczenia, aby nie pogubił się w tej Markiewiczowej kompilacji przeróżnych utworów jednego przecież z najwybitniejszych dramaturgów wszechczasów.

Wiec zamiast prologu
Markiewicz wyszedł na podest w niewidocznym dla większości zgromadzonych rogu foyer i rozpoczął spektakl happeningowo niczym wiec polityczny. Przemówił, powitał, objaśnił po czym zaprosił specjalnego gościa, Teresę Budzisz-Krzyżanowską, która pięknie wyrecytowała Wyspiańskie strofy. Zdezorientowana śmietanka trzymała fason nie ważąc się nawet protestować i zanim nie wbiła się w wygodne fotele, ubita w foyer oddała przymusowy hołd Panu Artyście na stojąco.

Wielka sztuka pogrzebana w samym zamyśle
Szkoda, że Wyspiańskiego przypomina się w sposób cokolwiek odpychający bo mroczny, ponury. A przy wszystkich rozterkach duchowych to jednak postać barwna. Zabrakło równowagi. I choć inteligentny i wykształcony widz jest w stanie odróżnić poszczególne epizody sztuk mistrza to jednak całości brak spójności i wyrazistości. Sztuka została pogrzebana już w samym zamyśle, skoro gra aktorska nienaganna, a i reszta trzyma poziom. Zapewne jakimś usprawiedliwieniem jest fakt, iż ponoć pan Markiewicz miał mało czasu. Aktorom też go z pewnością brakowało, skoro nad sztuką pracowano na prędce. A jednak zadaniu podołali. Doskonałe doprawdy aktorstwo w pewnym sensie spektakl uratowało. W tym zakresie należą się reżyserowi i dyrektorowi zarazem gratulacje. Pozyskanie tylu znakomitości świadczy przynajmniej o dużych możliwościach menedżerskich. I na koniec konkluzja. Taki los sprawiamy sobie w zasadzie sami. Gdyby Wyspiański zamiast Solskiego w owym 1905 roku, kiedy o posadę dyrektora tarnowskiego teatru aplikował, dzierżawę teatru otrzymał, to może Jego i wychowanków spuścizna omijałaby twórczą mieliznę miejskiej kultury. Śmiem twierdzić, iż my Polacy wybieramy po kumotersku nie bacząc na wyższe racje.
dla www.inTARnet.pl
Krzysztof Ziewacz